Lionel Sanders, mistrzostwo dzięki dilerowi

Tekst: Maciej Żywek

„Niewiele osób byłoby w stanie zniszczyć chemią swój organizm tak jak on to zrobił. Doszedł do poziomu, w którym prawdopodobnie jego neurony przestały działać w zakresie odczuwania bólu” Andrew Starykowicz o Lionelu Sandersie

5 listopada 2009 roku Lionel Sanders postanowił po raz pierwszy od wielu lat przebiec choćby kilka kroków. Od tego dnia każdy trening zapisywał w dzienniczku, co pozwalało mu uświadomić sobie jak wiele pracy zostało wykonanej od czasu gdy musiał ukrywać się w piwnicy przed otaczającymi go agentami służb federalnych i innymi podejrzanymi postaciami śledzącymi każdy jego krok. Grozy sytuacji dopełniał pterodaktyl, który od jakiegoś czasu mieszkał w łazience.
Właśnie do takiego stanu doprowadziła go kilkuletnia przygoda z kokainą. Halucynacje, paranoje, całkowite odizolowanie od społeczeństwa. Problemy z oddzieleniem psychicznych złudzeń od rzeczywistości i wyniszczenie organizmu na poziomie trudnym do wyobrażenia, kiedy patrzymy na dzisiejszego zawodnika.

Chemiczne lata

Sanders wcześniej nigdy nie miał jakiegoś specjalnego pociągu do sportu. Dobrze radził sobie w szkole średniej z bieganiem, w szczególności przełajowym, ale o wielkiej miłości mowy nie było. Pomimo niezłych parametrów fizycznych nie osiągnął rezultatów, które by można było nazwać imponującymi. „Nie możesz konkurować z pasją”, tak właśnie opisywał swoje ściganie się z kolegami, dla których współzawodnictwo i bieganie było prawdziwą namiętnością.
W tym czasie coraz więcej przyjemności znajdował w eksperymentowaniu z narkotykami, z upływem czasu coraz silniejszymi, w coraz dziwniejszych konfiguracjach. Swoją pasję kontynuował na studiach, w czym wybitnie pomagała mu karta kredytowa z otwartym limitem, którą dostał od rodziców. Kiedy tylko zorientowali się na co przeznaczane są pieniądze, odcięli Lionela od finansowania. Bez dopływu gotówki trudno było opłacić czesne na studiach, więc pożegnał się z uczelnią, jednak uzależnienie od narkotyków trwało kolejne dwa lata. Skromne dochody z dorywczych prac wystarczały na używki, choć o znacznie obniżonym standardzie. Kleje, gaz, tabletki wszelkiego rodzaju. Sam przyznaje, że często nawet nie wiedział co bierze.

Zwrot

Sanders był zagubionym facetem, ale na pewno nie głupim. W prowadzonym trybie życia, w pojawiających się czasem przebłyskach świadomości, przeszkadzała mu jego bezcelowość. Powodowało to coraz bardziej nasilające się poczucie beznadziei, a nawet myśli samobójcze. W jednym z takich przebłysków trzeźwego spojrzenia na swoje położenie postanowił wyrwać się z zaciskających się kleszczy przeznaczenia. Musiał znaleźć sobie nowe, absorbujące zajęcie, a łatwe, tanie i natychmiastowo wykonywalne było oczywiście bieganie.
Od dnia, kiedy postanowił walczyć z nałogami za pomocą biegania minął miesiąc i szybko jedno uzależnienie zamieniło się w kolejne. Jednak żeby nie pojawiły się pokusy powrotu do narkotyków trzeba było wyznaczyć sobie cel podtrzymujący motywację i chęć działania. Dość przypadkowo trafiło na imprezę z cyklu Ironman rozgrywaną w Louisville w 2010 roku, będącą wyzwaniem wystarczająco dużym i trudnym, aby nie starczyło czasu na głupoty. W realizacji tego śmiałego postanowienia przeszkadzała kwota wpisowego, bo 650 dolarów dla bezrobotnego, byłego narkomana to trudny orzech do zgryzienia. Sanders jeszcze raz postanowił zwrócić się do matki, przekonując ją do nowego pomysłu. Rodzice zobaczyli w nim to, czego on już od dawna nie widział, a te same pieniądze, które pozwalały mu się stoczyć tym razem miały stanowić przepustkę do powrotu do normalności.

Najgłupszy pomysł w życiu

Okazało się, że potrzebnych było niewiele ponad 10 godzin i 14 minut na przekroczenie linii mety w debiucie na długim dystansie po ośmiu miesiącach treningu, poprzedzonych kilkoma latami skrajnie niezdrowego trybu życia. Wynik, który musi musi budzić szacunek u każdego amatora, a jednocześnie oddalony o lata świetlne od tego co miało nastąpić w niedalekiej przyszłości.
Kiedy tuż za linią mety ojciec zapytał go jak było, Sanders odpowiedział, że to najgłupsza rzecz jaką zrobił w życiu, lecz już o jedną podwójną pizzę z potrójnym serem pózniej był przekonany, że właśnie nastąpił punkt zwrotny w jego życiu. Triathlon stał się pasją, sposobem na spędzanie czasu, pracą, absolutną fascynacją tym jak wiele można zrobić ze swoim ciałem, tym razem w kierunku jego doskonalenia i poprawy wydolności, nie destrukcji. Wcześniej postanowił jednak uporać się z zaległościami i wrócił na studia, których ukończenie miało być symbolicznym przejściem z wieku młodzieńczego w dorosłość. W międzyczasie pracował nad rozwojem sportowym, w szczególności nad pływaniem, którego fatalny poziom uniemożliwiał jakiekolwiek plany związane z przyszłością zawodowego triathlonisty.

Pierwsze sukcesy

Już po trzech latach wygrał swoją pierwszą imprezę Ironman 70.3 i to z samym Andreasem Raelertem. Pierwsze Mistrzostwa Świata na tym dystansie kończył jednak na rozczarowującym 18. miejscu, co spowodowało nie tylko schłodzenie rozgrzanej wczesnymi sukcesami głowy, ale także przedefiniowanie motywacji. Od tego czasu postanawia walczyć z samym sobą, skupiając się na znajdowaniu nowych dróg i metod osiągania maksimum potencjału. W kolejnym roku nowe podejście daje już czwarte miejsce na imprezie mistrzowskiej i większą wiarę we własne możliwości. Pomimo wielu pośrednich celów, głównym pozostaje zawsze zwycięstwo w Ironmanie na Hawajach. Wszystkie treningowe drogi prowadzą na Big Island, choć czasem są to okrężne trasy, czasem ślepe uliczki.
Sanders jest wyjątkowo ciekawą osobą do śledzenia dla amatorów uprawiających triathlon. Nie boi się eksperymentów, jest otwarty i bezpośredni w komunikacji, potrafi całe sezony poświęcać na realizację radykalnych planów. Kilka z tych pomysłów można by nazwać nie tylko szalonymi czy zadziwiającymi, ale również intrygującymi.

Pływanie z dziećmi

Po kilku latach walki ze słabym pływaniem zauważył, że w porównaniu z szybszymi rywalami wyraźnie brakuje mu historii treningu w wodzie, szkolnych zajęć od podstaw i kontynuacji rozwoju umiejętności w college’u. Postanowił więc dołączyć do grupy trenujących… dzieciaków. Dorosły facet w otoczeniu 9-10 latków wyglada jak Guliwer w krainie Liliputów. Bardzo szybkich liliputów, ponieważ nie był w stanie utrzymywać tempa zadań tych chłopaków. Doświadczenie upokarzające, lecz pozwalające na pozbycie się resztek źle pojętej dumy, zrozumienie i zaakceptowanie słabości oraz skupienie na pracy. Po dołączeniu do dziecięcej grupy wciąż nie mogło być mowy o wyrównaniu poziomów, nawet jeżeli nie dopływał ostatni podczas wyznaczanych trenera zadań. Prawdę mówiąc, zwykle dopływał przedostatni.
Widok zwycięzcy prestiżowych zawodów Ironman trenującego w cieniu szkolnej sekcji pływackiej był nawet wystarczająco ciekawy dla ekipy lokalnej telewizji, aby pojawić się na płycie basenu z kamerami. Dziś wydaje się, że był to dobry krok, a ostatnie wyniki i niewielka strata w wodzie do najlepszych stanowią wyraźne tego potwierdzenie. Jeżeli chcesz rywalizować na coraz wyższym poziomie, a masz ewidentny problem z jedną z konkurencji, musisz stawić czoła problemowi. Udawanie, że go nie ma, lub próby nadrobienia braków za pomocą pozostałych dwóch konkurencji to strategia na bardzo krótką metę. Na pewno nie pozwoli wznieść się na kolejny poziom zaawansowania, a reguła ta sprawdza się równie dobrze u początkujących amatorów, jak i zawodników walczących o najwyższe trofea.

Jaskinia bólu

Cztery wypadki drogowe na rowerze z udziałem samochodów skłoniły Sandersa do wykonywania większości treningów kolarskich na trenażerze. Tak właśnie narodziła się słynna Jaskinia Bólu, której nazwa pochodziła nie tylko od intensywności zadań w niej przeprowadzanych, ale także warunków jakie tam panowały. W 2013 roku Andreas Raelert powiedział Sandersowi, że mistrzostwa świata Ironman na Hawajach to impreza wygrywana w 90% głową. Kanadyjczyk radę wziął sobie mocno do serca postanawiając ćwiczyć w warunkach równie ciężkich jak na wyspie, a czasem nawet trudniejszych. Stąd prawie 100% wilgotność i temperatura sięgająca 38 stopni Celsjusza. Jakby tego było mało, w nowym domu i nowej wersji swojego treningowego pokoju zainstalował lampy grzewcze z promieniami UV, uważając, że jest to element mający duży wpływ na zmęczenie uczestników mistrzowskiej imprezy, a rzadko brany pod uwagę w przygotowaniach. Nowa „jaskinia” posiada już plastikowe ściany, aby wilgoć nie wgryzała się w budynek, choć nie udało się jeszcze poradzić z problemami elektryki w urządzeniach treningowych i bieżnia o siedmioletniej gwarancji rzadko wytrzymuje więcej niż pół roku.
Te specyficzne warunki, w połączeniu z treningami na zewnątrz w zimowych ubraniach doprowadziły do bardzo ciekawych obserwacji. Człowiek jest w stanie dostosowywać się do warunków otoczenia i kontrolować swoje ciało, oddech, tętno. To właśnie miałoby być kluczem fenomenalnej postawy na biegu Patricka Lange podczas ostatnich mistrzostw świata. Tam gdzie inni zmagali się z naturą, on po prostu robił swoje. Sanders wierzy, że może to być także jego atutem i przewagą nad rywalami w decydującym momencie.
Dla miłośników kręcenia pod dachem ciekawą może wydać się informacja, że Sanders w swoim treningu coraz częściej korzysta z rolek, rzadziej natomiast z trenażera.

Wyważanie otwartych drzwi?

Trening powinien symulować warunki startu? Takiego zdania był nasz bohater w trakcie przygotowań do Ironmana na Hawajach w 2015 roku. Oznaczało to bardzo dużo długich treningów, często w formie zakładek. Wyobraźmy sobie plan treningowy, w którym jest piętnaście co najmniej czterogodzinnych jazd ze średnią powyżej 300 Watów (aby pojechać 4:11 w Texasie wystarczała średnia 301 W), po których bezpośrednio następuje bieg na dystansie co najmniej połowy maratonu w tempie 1:24, przy czym kilka z tych biegów odbyło się w tempie 1:17-1:18. To daje rzeczywiście dużą pewność siebie przed startem, ale zapomniał tu o jednym elemencie – skumulowanym zmęczeniu. Hawajski klimat, upał i duża wilgotność bezlitośnie potęgują ten często niezauważany w chłodniejszym klimacie problem.
2016 rok stanął więc pod znakiem krótkich, szybkich treningów, tym bardziej, że celem głównym były mistrzostwa świata na połówce w Australii. To nie były udane zawody, choć fizycznie nie było nic do zarzucenia. Po prostu zbyt późne wyjście z wody nie pozwoliło konkurować z zawodnikami z pierwszej grupy kolarskiej. Z krótszego treningu miesiąc później udało się ścigać przez zaledwie sześć godzin na pełnym dystansie w Kona, zanim trafił na przysłowiową ścianę. Ciekawe było jednak to, że kolejny miesiąc później udaje się wygrać Ironmana z bardzo dobrymi czasami.
Sanders zauważa, że być może to właśnie jest złoty środek w planie. Intensywne 6 miesięcy podnoszenia progów, po których następuje dwumiesięczny blok budowania wytrzymałości. Jak się to sprawdzi przekonamy się już w październiku 2017 roku, ale z całą pewnością przypomina to znane i często stosowane koncepcje odwróconej periodyzacji. Być może Sanders wyważa otwarte drzwi, ale równie prawdopodobne jest, że jego doświadczenia wniosą wiele świeżości do istniejących już teorii. Jego niewątpliwym talentem jest umiejętność znoszenia bardzo dużych obciążeń i zdolność szybkiej regeneracji, bez której nie byłoby mowy o tych wszystkich eksperymentach.

Odżywianie

Pomimo, że nasz zawodnik zwraca uwagę na najdrobniejsze szczegóły przygotowań, zdarzają mu się banalne błędy. W końcu nikt nie jest doskonały. Lekcja z nawadniania odbyła się, jak w większości przypadków u Sandersa, w stylu ekstremalnym. Podczas Ironman Texas jechał przez nieco ponad 4 godziny na rowerze tracąc około 2,5 litra wody na godzinę. Z dziesięciu utraconych uzupełnił tylko niecałe cztery. To spowodowało odwodnienie na poziomie 7-8% w drugiej strefie zmian, pogłębione do 10% na mecie. Problemy z utratą świadomości, sine stopy i dłonie to bardzo niski wymiar kary, ponieważ w tym stanie, według teorii medycznych, koniec powinien być tragiczny. Nauka nie poszła w las i dieta, również startowa stała się ważnym elementem przygotowań w przyszłości.

Dobrzy ludzie są wszędzie

Komu zawdzięcza sukces? Wśród najważniejszych osób w pierwszej kolejności wymieniani są rodzice, trenerzy, przyjaciele, oraz… pewien diler narkotykowy. Lionel przytacza tu historię, kiedy w trudnym dla siebie okresie próbował kupić crack (silnie uzależniającą formę kokainy) od swojego dostawcy. Ten znając charakter swojego klienta – odmówił spodziewając się, że byłaby to dla niego droga bez odwrotu. Jeden ludzki odruch miał wpływ na cały szereg zdarzeń w przyszłości, w które nie uwierzyłby wtedy żaden z nich. Dobrzy ludzie pojawiają się na naszej drodze w bardzo dziwnych momentach.

Dlaczego historia Lionela Sandersa jest inspirująca dla nas, amatorów z kategorii wiekowych? Przezwyciężenie nałogów, walka z własnymi słabościami? Jasne, takie opowieści zawsze dobrze się czyta, ale jest ich dość dużo. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z zawodnikiem, który nawet jeżeli miał kiedyś jakąkolwiek przeszłość sportową czy talent, skutecznie to wyzerował w kilka lat szalonej młodości. Triathlonowy trening rozpoczynał z pozycji dość podobnej do wielu amatorów, z bagażem zaniedbań i deficytem formy. To co się działo później jest oczywiście bardzo trudne do powtórzenia w szerszej skali, ale pokazuje, że niemożliwe nie istnieje. Trening nie składa się tylko z nieustającego pasma sukcesów, to również nieudane eksperymenty, czasem stracone sezony. Do osiągnięcia sukcesu potrzebujemy odpowiedniej motywacji, chęci i radości z tego, co robimy. Impas, przeszkoda nie do przejścia, ściana? O Sandersie jeden z jego kolegów powiedział, że ma w sobie tyle determinacji, że byłby w stanie przebiec przez prawdziwą ścianę. Determinacja, wielu z nas tylko tym się od niego różni, choć trudno w to uwierzyć. Ale właśnie dopóki nie uwierzysz będziesz mógł dojść do drzwi oddzielających cię od nowych horyzontów, lecz ich nie otworzysz.

Tekst ukazał się po raz pierwszy w miesięczniku Bieganie w czerwcu 2017 roku

Fotografie: The Globe and Mail


Dodaj komentarz